|
Polacy na Białorusi są u siebie
|
22-02-2010 |
Polacy na Białorusi są u siebie.
Polska powinna prowadzić bardzo konsekwentną politykę wobec Polonii zamieszkującej dawne Kresy Wschodnie - mówi Maciej Płażyński, prezes Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" w rozmowie z Jarosławem Zalesińskim.
W kilka dni po wizycie w Polsce ministra spraw zagranicznych Białorusi na Związek Polaków na Białorusi spadają represje. Są to skoordynowane działania czy też wynika to z tego, że reżim Łukaszenki nie jest jednak monolitem? Tak naprawdę zaostrzenie kursu wobec Polaków na Białorusi zaczęło się na kilka miesięcy przed wizytą ministra Martynowa. Władze białoruskie zarządziły wtedy kontrolę skarbową w spółce Polonika, której dyrektorem jest Andżelika Borys.
Represje skarbowe. Jak w Polsce w latach 80. Spółce grozi teraz upadłość, dlatego że wyrokiem sądu została obciążona bardzo dużą grzywną, pod zarzutem niewłaściwej księgowości. Od kilku miesięcy toczyło się także postępowanie w stosunku do pani Teresy Sobol, kierowniczki Domu Polskiego w Iwieńcu. Tuż przed wizytą ministra Martynowa w Polsce ten dom został przejęty. Były już zatem wcześniej sygnały, że kurs wobec Polaków jest zaostrzany.
I ostatnie rozmowy nie mają nic do rzeczy? Według mnie mają. Nie jest przypadkiem, że represje nasiliły się przed wizytą ministra Martynowa w Polsce i po niej. Władze białoruskie widziały, że Polsce bardzo zależy na - rzeczywiście istotnej dla nas - umowie o małym ruchu granicznym. Poczuły się więc pewnie i uznały, że Polacy łatwiej przełkną teraz represje uderzające w Związek Polaków.
Tu rozmawiamy, a tu robimy swoje? Podpisanie umowy świadczy o w miarę normalnych stosunkach, ale z drugiej strony - to dobry czas do zarządzenia ostrzejszych działań w stosunku do niezależnej organizacji.
Która w ostatnim czasie pokazywała, że jest sprawna i ma wielu zwolenników. Tłumaczy to, dlaczego akurat Związek Polaków stał się przedmiotem represji. To najsilniejsza organizacja pozarządowa na Białorusi. Kiedyś liczyła ona 10 tys. członków, teraz jest ich trochę mniej, ale nadal jest to grupa kilku tysięcy osób, zdeterminowanych, z rozpoznawanym publicznie kierownictwem. Dla władz białoruskich to poważny kłopot. Reżim Łukaszenki, jak każdy autorytarny reżim, nie akceptuje silnych organizacji pozostających poza kontrolą państwa.
Czemu zatem równocześnie nie uderzono w partie opozycyjne? Te partie, na których działalność Łukaszenka ostatecznie zezwolił, są po prostu organizacjami słabszymi od Związku Polaków. Nie mają tak rozbudowanej struktury, tak rozpoznawalnych liderów.
I nie są Polakami... Reżim może akceptować Białorusinów pochodzenia polskiego, ale nie tych, którzy uważają, że - będąc obywatelami Białorusi - są Polakami. Dla takich ludzi miejsca, w którym mogliby budować własną tożsamość, w planach Łukaszenki nie ma.
O czym świadczy wiele innych działań. Na przykład ograniczanie możliwości uczenia się języka polskiego, zwalczanie księży, którzy udostępniają salki parafialne na podobne lekcje, uderzanie w działalność kulturalną Polaków, w to wszystko, co buduje polską tożsamość. Dlatego właśnie Związek Polaków jest wystawiony na silniejsze ataki niż partie opozycyjne.
Polityka marchewki, uprawiana do tej pory przez Polskę wobec reżimu Łukaszenki, poniosła klęskę? Na pewno nie przyniosła sukcesu. Ale nie ma prostej recepty na postępowanie z taką władzą, jaka jest na Białorusi. Nie ma też prostego przełożenia, że jeśli będziemy cały czas twardzi i na przykład zerwiemy kontakty czy będziemy straszyć bojkotem, to uzyskamy więcej.
To co byłoby efektywną polityką? Konsekwencja. W działaniach dyplomatycznych trzeba stawiać to jasno, że kwestia Związku Polaków jest absolutnie podstawowa dla polskich władz, a nie jest tylko elementem jakiejś większej geopolityki. A dalej trzeba na Białorusi próbować być obecnym w bardzo różnych formach, prowadząc szeroką działalność kulturalną. Sama dyplomacja to jednak za mało.
A stara zasada stosowania na zmianę marchewki i kija? Nie mamy wystarczająco długiego kija. Sankcji gospodarczych z racji nikłości naszych stosunków nie ma sensu wprowadzać, uderzyłoby to tylko w polskie firmy, które prowadzą na Białorusi interesy. Zablokowanie wiz nie byłoby aż tak dokuczliwe. Sankcje polityczne skutkowałyby o tyle, o ile jesteśmy w stanie wpływać na politykę całej Unii Europejskiej. A z tym jest pewnie rozmaicie.
Jesteśmy państwem unijnym, zdaje mi się, od jakiegoś już czasu. To, co się teraz dzieje, jest sprawdzianem dla polskiej dyplomacji, na ile jesteśmy skuteczni w przekonywaniu polityków europejskich w sprawach Białorusi. Być może niepotrzebnie w minionym roku namawialiśmy do ocieplenia unijnej polityki.
W tym akurat okazaliśmy się skuteczni. Jeśli można stawiać jakiś zarzut polskiej polityce zagranicznej, to właśnie taki, że była nie dość konsekwentna. Nie należy ulegać pozorom i własnym pobożnym życzeniom, tylko rozmawiać na podstawie faktów, a nie deklaracji. Trzeba było stawiać sprawy tak: owszem, możemy namawiać Unię do tego, by inaczej zaczęła patrzeć na współpracę gospodarczą z Białorusią, ale najpierw zalegalizujcie Związek Polaków na Białorusi. Sama zapowiedź, że będzie lepiej, nie może wystarczać. Bo za jakiś czas okaże się, że wcale nie jest lepiej.
Źle wykorzystaliśmy możliwości nacisku, jakie wynikały z naszego członkostwa w Unii? Wydaje mi się, że w minionym roku zbyt łatwo mówiliśmy o tym, że na Białorusi jest możliwa odwilż polityczna, bo padają tego rodzaju deklaracje z tamtej strony.
Dzisiejszy bilans tej polityki? Niewątpliwie czymś pozytywnym jest to, że udało się podpisać umowę o małym ruchu granicznym. To duże ułatwienie dla Polaków mieszkających na Grodzieńszczyźnie, którzy chcą przyjeżdżać do Polski. Z drugiej strony jednak, władzom białoruskim udało się osłabić Związek Polaków, najważniejszą dla nas organizację na Białorusi.
Coś jeszcze straciliśmy? W polskiej opinii publicznej powstało wrażenie, a nawet nie tylko wrażenie, lecz wyraźny obraz nieskuteczności polskich władz. Trudno więc twierdzić, że bilans naszej polityki w minionym roku w tej sprawie jest bilansem dodatnim.
Jaki z tego wniosek na przyszłość? Polska powinna prowadzić bardzo konsekwentną politykę wobec Polaków zamieszkujących dawne Kresy, pokazując każdemu z państw, w którym takie osoby żyją, że jest to dla nas bardzo ważna kwestia i że udzielamy stale poparcia politycznego (a jak potrzeba, to i materialnego) tym ludziom, którzy mieszkają u siebie.
.
|